Ślub | Futra | Skóry | Buty | Uroda |
WEDDING | FURS | LEATHER | SHOES | BEAUTY |
Moda.com.pl - Portal Polskiej Mody | Bielizna | Dżins | Textil | Sklep | Akademia
| UNDERWEAR | JEANS | MEMBERS | KSIĄŻKI | KURSY
moda.com.pl News | Ogłoszenia | Targi | Oferta rynkowa | Badania rynkowe | Trendy | Pokazy | Projektanci | Fotograficy | Sklep | Katalog firm
Nawigator Mody | Akcesoria | Ludzie mody | Edukacja | Książki | Nowe technologie | Meble | Archiwum | O nas | Praca | Kontakt

Jerzy Antkowiak

Mrożek z Gombrowiczem w domu wariatów

Moda. Jerzy Antkowiak. Mrożek z Gombrowiczem w domu wariatów

Jerzy Antkowiak - wybitny polski projektant, od 1961 roku współpracował z Modą Polską, od 1979 jej dyrektor wzornictwa, laureat wielu nagród, juror w licznych konkursach.

Mówi pan: „jeśli chodzi o modę, jestem niekończącą się opowieścią". W którym miejscu pan ją zaczyna: w roku 1960, kiedy znalazł się pan na pamiętnym pokazie Mody Polskiej w Warszawie, czy może kilka lat później, kiedy w 1967 został pan jednym z jej głównych projektantów?
Wprost przeciwnie, kilkanaście lat wcześniej. To było rok przed wojną, miałem 4 lata i byłem z rodzicami na procesji Bożego Ciała. Zachwyciłem się idącymi jedna za drugą dziewuszkami, wyrwałem jednej koszyk i sam zacząłem sypać kwiaty. Może wtedy zaczął się mój pęd do pokazów (śmiech). Potem, na studiach we Wrocławiu byliśmy jak kolorowe ptaki: rok 1953, gruzy, a my nic tylko farbowaliśmy swetry. Wtedy na placu Nankiera był duży rynek z ciuchami. Handlowaliśmy i sami chodziliśmy dziwacznie ubrani. Jak przyjeżdżałem do rodzinnego Poznania, wołali na mnie „lumpiorz"... (śmiech). Na te wygłupy patrzę dziś z pogodną rezygnacją. Jak już byłem w Modzie Polskiej, podczas pokazu Pierre'a Cardina, duże wrażenie zrobiła na mnie sekwencja kosmiczna: srebrne kombinezony i czapki w kształcie hełmów. Rok później, w 1967 uszyłem sobie podobne. Patrzyli na mnie jak na głupka (śmiech).
Co spowodowało, że właśnie na pokazie Mody Polskiej postanowił pan zostać projektantem?

Pierwszy raz zobaczyłem wybieg, modelki: nóżka do przodu, rączka do tyłu, bioderko... Zobaczyłem też prawdziwe gwiazdy kina: Teresę Tuszyńską, Grażynę Muszyńską, Małgosię Krzeszowską... Okrutnie mi się to spodobało. Poszedłem za kulisy do pani Jadwigi Grabowskiej i nałgałem, że całe życie chciałem być projektantem. Kazali mi przynieść rysunki, to zrobiłem je, nadpaliłem, zalałem kawą tu i ówdzie, pogniotłem... Żeby wyglądało na wynik co najmniej sześciu lat pracy, a nie dwóch nocy... (śmiech). Zostałem przyjęty 16 lutego 1961 roku. Nie bardzo było wiadomo, co mam robić. Jak się zbliżał pokaz wiosna-lato 1961, który premierę miał u dziennikarzy na Foksal, to Grabolka poprosiła, żebym zrobił plakat. Przebywałem głównie w „głębokiej garderobie", chodziłem w pepegach i nikt mi nie pozwalał pokazywać się na sali (śmiech). Nasze modelki były wtedy jedynymi efektownymi dziewczynami na Nowym Świecie i romansowały: jak wychodził Cybulski, to wchodził Polański, jak wychodził Polański, to wchodził Głowacki, za nim kolejny absztyfikant. Grabolka długo trzymała mnie z dala od projektowania. Najpierw pozwoliła mi zrobić jakąś małą czarną. Potem mogłem zaprojektować coś z elementami stroju ludowego do kolekcji FIS w Zakopanem. Byłem taki „asystencik". Grabolka była bardzo wytworna, przed wojną bywała w Paryżu, ubierała się u Schiaparelli, Chanel.

Po wojnie prowadziła zakład Feniks. Co się z nim stało?
Znajdował się w okolicach Placu Zbawiciela. Prowadziła go w latach 1946-47, ale skasowali to jako inicjatywę prywatną. Minęło dobre 5-6 lat, zanim wychodziła w ministerstwie Modę Polską. Najpierw było Biuro Mody do Współpracy z Targami Lipskimi. Jej współpracownica - Maria Borowska była przed wojną cyrkówką, występowała w Berlinie i świetnie mówiła po niemiecku. Pojechały we dwie do Niemiec i tam się namówiły, że otworzą delegaturę. Wróciły z glejtem, że bracia Niemcy oczekują polskiej mody. Jak się zgodzili na biuro, zaczęła jeździć z pokazami do Lipska. Zatrudniła Cieślewicza do plakatu. Brat jej męża, Jerzy Grabowski zaprojektował salon na Ordynackiej. Narzuciła styl domu mody. W tamtych czasach żony przywódców nie pokazywały się publicznie, ale ona stroiła i panią Bierutową, i panią Gomułkową... Pani Gomułkowa, która była bardzo niskiego wzrostu przyjechała raz na miarę sukni balowej. Marianna, sprzątaczka, stanęła z miotłą i mówi: „Taka stara kobita, i chyba komunistka, a do pierwszej komunii idzie?!" (śmiech). Kalina Paroll opowiada w filmie, który o nas nakręcono, jeszcze jedną anegdotę. Czarna Wołga podjeżdżała pod salon Mody Polskiej, na rogu Marszałkowskiej i Nowogrodzkiej wysiadała Gomułkowa, szła 30 metrów do wejścia i mówiła: „Jak ja lubię spacerować po Warszawie".

Prof. Sieradzka pisze o Modzie Polskiej tak: „Była przedsiębiorstwem na pokaz, szyjącym ubiory o umiarkowanie modnej linii, przeznaczone do prezentowania ich w bratnich krajach socjalistycznych. Placówka ta obsługiwała panie z kręgu wysokich funkcjonariuszy PZPR, a tylko nieliczne kreacje trafiały do krajowych salonów sprzedaży".
Takie jest odczucie większości. Owszem, przychodziła pani Jaroszewiczowa, Gomułkowa, Ochabowa, ale my raczej ubieraliśmy gwiazdy, np. Dziedzic, Violettę Villas. W latach 60. ubierałem już Joannę Rawik, projektowałem dla „Olimpii". Była kolekcja „Viva Maria!" inspirowana filmem z Jeanne Moreau i Brigitte Bardot...

Miesięcznik „Ty i ja", kwiecień 1966 rok. Występuje pan już jako współprojektant kolekcji.
To była kolekcja karnawałowa robiona w tajemnicy przed Grabolką. Na Konopnickiej, vis a vis teatru Buffo otworzono nasz drugi salon. Kierowniczką została pani Borowska, mówiliśmy na nią „Liebe Mania". Załatwiła sobie import tkanin za plecami Grabolki. Już wtedy były skłócone. Poprosiła mnie i Tulę Popławską o zrobienie kolekcji. Przeprowadziliśmy cichutki nabór modelek, była i piękna Renata Zielińska. Na pokaz przyszedł kwiat inteligencji rozrywkowej. Ktoś doniósł o tym Grabolce, i ona wtargnęła z awanturą. Jak zawsze turban na głowie, tyle że przekrzywiony, i krzyczy: „Przerwać! Tu nikt nie ma prawa! Nie wolno!". A „Liebe Mania" spokojnie pali papierosa: „Chodź, Jadwiga, wytłumaczę ci". Przy barze, gdzie stała, była krata i zamknęła za nią Grabolkę. Pali dalej papierosa i mówi: „Pracowałam w cyrku i wiem, jak postępować z dziką zwierzyną". Jakoś Grabolce musieliśmy to potem osłodzić (śmiech).

Dlaczego Grabolka chodziła w turbanie?
Tego nie wie nikt. Jak jej się turban przesuwał, to włoski spod niego wystające, też się przekrzywiały... (śmiech). Co by nie mówić: nie ulega wątpliwości, że była to osobowość. Znała języki, nazwiska. W czasach szarzyzny nadawała ton. Żony ministrów wyglądały wtedy jak garderobiane: sweterki obciągnięte, botki plastikowe na suwak...

Można je zobaczyć na zdjęciach z pokazu Mody Polskiej zrobionych przez Krzysztofa Gierałtowskiego w 1970 roku.
To był pokaz w Pałacu Prymasowskim. Grabolka pozwoliła mi wtedy zrobić suknię zszywaną z 60 klinów na wysokości pępka. Modelkami były m.in. Kalinka Zemanek i Karina Jachowicz. Grabolka była już wtedy na emeryturze. Wywalono ją w sposób obrzydliwy. Przyszedł dyrektor z taką straszną kobitą z kadr, przynieśli bukiet, kopertę z laurką. Grabolka ich wygoniła, te kwiaty latały po ulicy na wszystkie strony (śmiech).

Dlaczego? Co się stało?
Była skłócona z dyrektorami, naurągała ministrom. Naprawdę rzucała popielniczką! Poprawiała turban, klipsy i szła 150 metrów z ulicy Kubusia Puchatka do ministerstwa na plac Powstańców, rzucała popielniczką i wracała. Pojechaliśmy raz do Sopotu na pokazy dla izby rzemieślniczej. Mieszkaliśmy w Grandzie. Starzy kelnerzy pamiętali jeszcze, jak przyjeżdżała tam przed wojną. I nagle z Warszawy telefon: „wracać natychmiast... skandal... kto pozwolił... niezatwierdzone...". Grabolka mówi: „Jureczku, oni są tacy malutcy przy nas, co oni mogą, pójdę do ministerstwa, wezmę popielniczkę, przywalę w łeb ministrowi, to on zwolni dyrektora". Pokaz się odbył tego samego dnia, ale Grabolka chodziła wyszykowana, i jak powiedziała, tak zrobiła.

Myślałam, że pani Grabowska była jedynym dyrektorem Mody Polskiej. Było ich więcej?
Mieliśmy dyrektora naczelnego, handlowego i do spraw produkcji. Oprócz tego, kiedy sekretarz partii kończył kadencję, trzeba mu było znaleźć stanowisko dyrektora. Powstawał nowy pion, np. do opieki nad konserwacją salonów (śmiech).

Co zmieniło się w Modzie Polskiej pod odejściu pani Grabowskiej?
Na stanowisko dyrektora artystycznego sprowadzono z „Cory" panią Halinę Kłobukowską. To była dama szalenie dystyngowana... Ile narysowałem jej karykatur! Wysoka, zawsze nosiła parasolkę, kapelusz myśliwski, rękawiczki i trzy torby przewieszone przez ramię. Pierwszą, jak mówiła, na dokumenty, drugą - na zakupy, a trzecią - na złodzieja (śmiech). Pani Jadwiga była kreatorem, pani Halina - urzędniczką. Miała akceptować projekty do produkcji, a myśmy chowali przed nią rysunki. Od czasu do czasu krojczyni przynosiła szkic, a ja na to: „widzę, że ktoś to zatwierdził, a ja właśnie zmieniłem koncepcję". Okrutni byliśmy. Wychodziłem u dyrektora, żeby ją wysyłał w delegację po salonach Mody Polskiej. Ona była karna kobita i wcale jej do głowy nie przychodziło, co się dzieje. Po latach przypadkiem spotkaliśmy się w ogrodzie botanicznym. Strasznie się ucieszyła. Przeprosiłem ją. Nie była taka zła, jak nam się wydawało, znała języki, jeździła do Paryża. Zmarła w ubiegłym roku.

Gdy Jadwiga Grabowska odeszła, w 1968 roku wraz z piątką młodych twórców stworzył pan zespół projektantów Mody Polskiej. To znacząca data: bunty, paryski marzec. W jaki sposób ta atmosfera wpłynęła na kolekcję, która wówczas powstała?
W styczniu byliśmy na pokazach w Paryżu i nic nie zapowiadało tych wydarzeń. Po powrocie doszły nas słuchy, co się dzieje. Kolekcja, nad którą pracowaliśmy, była naszym pierwszym wyzwaniem po odejściu Grabolki.

„Ty i ja", kwiecień 1968. Tu widzimy część tej kolekcji. Fotografował Krzysztof Gierałtowski.
To był płaszcz Danton. Nosi go Lucyna Witkowska, wtedy dziewczyna Tadeusza Rolke. Mam fotografie Rolkego, robione w Jabłonnie: dziewczyny stoją w dużych kapeluszach, ja między nimi... W latach 60. była moda na samodziały. Zamówiliśmy dwa kupony: jeden żółtozłoty, drugi szaro-turkusowy. Lucyna chodziła w tym chłodnym, a Małgosia Krzeszowska w złotym. Obie wyglądały bardzo wytwornie.

Czy kolekcje Mody Polskiej były naśladowane przez ulicę?
Trudno powiedzieć. W czasach, kiedy mieliśmy więcej salonów niż możliwości produkcyjnych, to zatrudnialiśmy około 300 „chałupników". Później się dowiedziałem od jednego z nich, że jak dostawali tkaninę, to tak kroili, że 50 zamówionych garniturów szło do Mody Polskiej, a dodatkowe 20 na zachód... (śmiech).

Oprócz kolekcji produkcyjnych Moda Polska przedstawiała dwa razy do roku kolekcje wiodące. Czy trafiały do sprzedaży?
Niektóre tkaniny z zagranicy oddawaliśmy za zgodą producenta, do łódzkich lub bielskich fabryk, gdzie robiono kopie. Jeśli fabryki zdążyły, to przedstawialiśmy tzw. jaskółki, po 10-15 sztuk tego samego wzoru w różnych rozmiarach. Pod koniec sezonu była przecena, do której ustawiały się żony ministrów, a także Xymena Zaniewska, która wszystko kupowała na pniu do telewizji. Prezesem był „krwawy Maciuś" Szczepański i dawał jej na to pieniądze. Pani Jaroszewiczowa stała zawsze pierwsza w kolejce, ale lubiła też przychodzić do magazynu i „pogmerać" w kapeluszach czy torbach. Raz złapała ją na tym Irenka Biegańska. Nie poznała, że to premierowa, pomyliła ją z naszą kapelusznicą: „Nie dotrzymuje pani terminów! Więcej nie będzie z nami współpracy!". Wezwali potem Irenkę do dyrektora, ale ona nie spuściła z tonu. I słusznie, premierowa nie powinna grzebać w starych pudłach (śmiech).

Jak dużym przedsiębiorstwem była Moda Polska?
Ze wszystkimi oddziałami było nas około 2 000. W Warszawie - jakieś 200 osób. W najlepszym okresie mieliśmy 60 salonów, a nasza wytrzymałość produkcyjna była na 15-20, dlatego zatrudnialiśmy „chałupników". Serie miały max. 300 sztuk. Wszystko zależało od importu, były i mniejsze linie. Śląsk domagał się zawsze bieli, co pokazuje, na czym polega irracjonalizm w modzie. Przed Śląskiem trzeba się było kłaniać, bo pani Stanisława miała doradczynię ze Śląska. Dyrektorka do spraw produkcji obchodziła panią Stanisławę na kolanach podczas mierzenia (śmiech). Dzień wcześniej szła do fryzjera. To była cała wyprawa: krawcowa, garderobiana, dyrektorka... Nie chciałem się udzielać na Parkowej i wymyśliłem sposób: w dniu, w którym była umówiona wizyta szedłem na piwo. Wiedziałem, że jak będę „zabijał oddechem", to mnie ze sobą nie wezmą (śmiech).

To paradoks: oficjalna ideologia sprzeciwia się kapitalistycznej modzie, a pani Gierkowa ubiera się według trendów przywiezionych z Paryża.
Nie chodziło o trendy. Mieliśmy dobrych krawców, którzy szyli według gustu pani Stanisławy i doradczyni. Jak pani Stanisława jechała do papieża w 1979 roku, to był problem z nakryciem głowy. Ona miała taką nakręconą z włosów struclę, kapelusz mógł sobie na tym prowadzić osobne życie (śmiech). Mieliśmy w rekwizytorni dwie piękne koronki hiszpańskie i jedną jej wypożyczyliśmy. Do papieża pojechała z nią nasza krawcowa jako garderobiana. Chociaż nie interesowano się nami tak jak np. w NRD, to jednak mieli w ministerstwie chęć uczestniczenia w powstawaniu kolekcji... Przed pokazem przychodzi sekretarz partii i mówi: „Kolego Antkowiak, zbliża się pokaz, co tym razem?" „Piękna, poważna muzyka" - odpowiadam. Idziemy z płytą do sklepu ZURTu, który był obok Mody Polskiej. Puszczam finał: Adaggio Albinoniego. On słucha i mówi: „Ale ja tu żadnej melodii nie słyszę. To się u nas nie przyjmie." „Niech pan nie żartuje - odpowiadam - to jest utwór XVIII-wieczny i on się już dawno przyjął. Grają go wszystkie orkiestry symfoniczne świata, również nasza filharmonia na Jasnej", a on na to: „Decyzję podejmie dyrektor. A tej filharmonii to my się przyjrzymy. Może to jakiś reakcjonista napisał?" Jak to teraz odtwarzam, to widzę, jakie to było chore. Mrożek z Gombrowiczem, i to w domu wariatów.

Co powodowało, że Moda Polska wyróżniała się na tle podobnych instytutów mody w krajach socjalistycznych?
Byliśmy członkami Chambre Syndicale de la Haute Couture. W zamian za symboliczną składkę dostawaliśmy zaproszenia prawie do wszystkich domów mody oraz możliwość wyboru 2-4 egzemplarzy „patron papiers", czyli wykrojów. Pokazy były dla nas niesłychanym świętem: na widowni Sofia Loren, Lollobrigida, Maria Feliks, Jeanne Moreau... Dostawaliśmy teczki ze zdjęciami, rysunkami, opisem. Jak wymyślaliśmy koncepcję naszego pokazu (za Grabolki to się nazywało „kolekcja wiodąca", ale złośliwe dziennikarki wyśmiewały: „ciekawe dokąd wiedzie ta kolekcja, chyba do Galerii Lafayette"), to zawsze mówiłem, żeby nie patrzeć na karty kolorów bezkrytycznie. Domyślałem się, że znaczenie mają polityczne podteksty: raz kochamy Daleki Wschód, bo tam handlujemy, potem podlizujemy się robotniczej partii włoskiej i lansujemy czerń Sycylijek. W Paryżu byli zdumieni, że nikt nie przyjeżdża z Czechosłowacji, Węgier ani Bułgarii. „Vendeuses" nas lubiły. Były gratisy z hurtowni: „Dom Diora zobowiązuje do wydania tyle a tyle metrów tkanin". Dzięki dobrym kontaktom zaczęły płynąć oferty. Moda Polska uzyskała zgodę ministerstwa na zakup szminek Diora, tuszów od YSL. Oczywiście zaraz się znalazła jakaś komisja dzielnych zuchów, którzy mieli biuletyny „L'Humanite" - robotniczego pisma, gdzie pisano, że lud paryski używa kosmetyków „Bourjouis". „Nazwa, towarzysze, może nie jest przyjemna, ale dlaczego u nas wymyślają jakieś Diory?" I z ministerstwa przyszedł zakaz.

Lata 1979-85, kiedy był pan dyrektorem wzornictwa wspomina pan jako najgorsze.
Krawcy dali mi popalić. Jak rzucili w delikatesach kurczaki, to krawcy rzucali igły i lecieli w kolejkę (śmiech). W 1979 roku nadszedł bardzo malowniczy pan Józef Syroka z „Cory" i powiedział, że taka firma jak Moda Polska powinna przynajmniej 12 000 par spodni produkować miesięcznie... No to padł blady strach. W latach 1977-78 mieliśmy takiego dyrektora, byłego sekretarza partii, który ciągle organizował zebrania. Kazał się nam tłumaczyć, dlaczego proponujemy taką ohydną, imperialistyczną modę. Buc był wyjątkowy, w dodatku seplenił. W salonie na Konopnickiej mieliśmy kawiarnię, w której odbywały się pokazy, na jednym była i pani Broz-Tito. Do tej kawiarni pan Kozicki przychodził z partyjniakami i zamawiał „ctery sery." Kelnerka przynosiła cztery serniki, a on chciał sherry (śmiech). W 1986 miałem 25-lecie pracy i dyrekcja to olała. Dyrektor, z dyrektorową i dyrektorzątkiem jeździli wtedy do Włoch. Wykupili wszystkie stocki Benettona, które płynęły jak woda transportem do Mody Polskiej, chociaż nigdzie indziej ich nie chcieli od 8 lat... Pod koniec lat 80. część salonów zamieniła się w Modę Klub. Już naprawdę zaczęło się wszystko sypać, nie było pieniędzy na import tkanin. Miałem niby tytuł głównego specjalisty do spraw wzornictwa, ale wiedziałem, że znikąd wsparcia. Nawet krawcowa potrafiła mi wykrzyczeć: „Ja bym też chciała jak pan dwa razy do roku do Paryża". W końcu złożyłem rezygnację. Zostaliśmy wciągnięci do innego pionu. Potem w 1992 przyszedł syndyk masy upadłościowej. W 1998 roku przyjechali Żydzi z Nowego Jorku, a nie wiedzieć czemu, wizytówki mieli pisane cyrlicą, i powiedzieli, że lokal przy Lewartowskiego zajmujemy nielegalnie i żebyśmy się szybciorem zbierali. Wezwali mnie, że trzeba coś zrobić z ciuchami, najlepiej w kontener i wywieźć. Wzniosłem się na szczyty moich ekonomicznych możliwości i zaproponowałem, że wykupię te wzory. Sprzedali.

Znak towarowy Moda Polska podobno zakupił Próchnik.
Wiem, że kupczono tym znakiem.

A siostrzany ośrodek Mody Polskiej, Niemiecki Instytut Mody funkcjonuje do dziś.
Instytut zajmuje się historią mody i trendami, a my byliśmy przedsiębiorstwem handlowym, przy okazji robiącym kolekcje informacyjne. Dla księgowego zawsze były to utopione pieniądze, a że przysparzały firmie splendoru i klienteli, to się wcale nie liczyło. W którymś momencie nawet panie z działu handlowego przestały chodzić na pokazy, bo mówiły, że to za ich pieniądze jest robione... Jak były już syndyki, to nadal robiliśmy wzory na targi poznańskie, ale dawne kolekcje, które kupowała Xymena, przestały już funkcjonować. Teraz składały się z 15 wzorów, nie tak jak kiedyś - ze 150. Cud, kiedy szły do produkcji, ale zwykle po prostu je sprzedawaliśmy. Po Modzie Polskiej wszystko mnie brzydziło. Podjeżdża raz facet mercedesem: „Czy pan coś dla nas zaprojektuje?". Pytam go, czy pokazują się na targach. Jeździłem jeszcze wtedy na Poznański Tydzień Mody. On się wyraźnie ożywił: „Tak, we wtorek jesteśmy w Pruszkowie, a w środę w Grodzisku". (śmiech).

Ale były i kolekcje dla Kurowa, i Dom Mody Antkowiak...
Z Kurowem współpracowałem od czasu, jak ubieraliśmy olimpijczyków do Sapporo w latach 60. W latach 90. zrobiłem kolekcję Orient Ekspres, pokazywaliśmy ją na targach w Poznaniu. Moda Polska już kulała.

Pamięta pan swoją ostatnią kolekcję?
Rok 1998, czyli trzydzieści lat po tej pierwszej. Płaszcze trapezowe, duże berety, które w latach 60. się spotykało, grzeczne kostiumiki z szamerunkiem... To był przegląd mód niemodnych. Teraz, jak mi pani to pytanie zadała, to sobie uzmysłowiłem, że to była kolekcja wspomnieniowa. Ale jeszcze nie powiedziałem ostatniego słowa. Ostatnio walnąłem pokaz mody męskiej w Komorowie, i to nie na zawodowych modelach, ale na pięknych, malowniczych chłopcach z oberży „U Michała"...

Rozmawiała: Natalia Wrzesień

Foto: Andrzej Wrzesień
8 stycznia 2010, godz. 14:47

Twoja opinia na ten temat!

Wypowiedzi są prywatnymi opiniami użytkowników.
Moda.com.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Moda.com.pl zastrzega sobie prawo redakcji, skrótów, bądź usunięcia opinii.


Copyright 1998-2014 by moda.com.pl | Polityka cookies